23.08.2014

Recenzja: "Czas żniw" - Samantha Shannon

Tytuł: Czas żniw
Autor: Samantha Shannon
Wydawnictwo: SQN

Liczba stron: 505
Data wydania: listopad 2013
Ocena: 10/10


Ta książka "chodziła za mną" od momentu publikacji, natomiast z powodu bardzo dużej popularności i z tego względu recenzji na co drugim blogu, nie koniecznie miałam chęć czytać ją od razu. Plus jeszcze czytałam inne bardzo wciągające lektury i jakoś tak nie było czasu. Muszę też przyznać, że ciut przerażała mnie jej grubość. Mimo wszystko jednak udało mi się ją przeczytać i podeszłam do niej ze świeżym umysłem, bez wyrobionej opinii i zbytnich oczekiwań. Uważam, iż dobrze postąpiłam, ponieważ byłam bardzo zaskoczona tym jak ona na mnie wpłynęła. 

Po skończeniu lektury musiałam przez chwilę ochłonąć, zanim w ogóle mogłam zacząć myśleć o jakichkolwiek notatkach do recenzji. Książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie i nawet teraz nie jestem pewna czy będę w stanie je wam porządnie opisać. Jednak postaram się zrobić to jak najlepiej. 

Bardzo przypadło mi do gustu to jak każdy szczegół jest dopracowany. Widać, że autorka poświęciła swoją uwagę nawet tym najmniejszym, wydawałoby się mało istotnym, rzeczom. Świat przedstawiony jak i bohaterowie są świetnie wykreowani i naprawdę przyjemnie się to wszystko czyta. 

Główna bohaterka, Paige, ma interesującą osobowość. Zacięta, waleczna, nigdy się nie poddaje, chociaż zdarzają jej się  momenty zwątpienia w to co robi, a jednocześnie jest trochę zagubiona, nadal szuka swojego własnego miejsca na ziemi. Jej niepewność odnośnie tego czy jest w niej coś jeszcze oprócz jej talentu, co mogliby docenić inni trochę przypomina mi mnie samą. Z tego powodu zżyłam się z tą bohaterką i przeżywałam każdą jej przygodę z zapartym tchem. Czując się prawie tak jakbym sama występowała w lekturze. 

Jak już wspomniałam byłam zdziwiona tym, że ta książka dosłownie wyssała ze mnie wszystkie emocje. Czułam się tak jakbym chwilę wcześniej skończyła płakać, ponieważ wypłakałam wszystkie emocje i teraz już wszystko mi jedno. To da się opisać tylko w jeden sposób, wyprana z emocji, a nawet pusta w środku. Trochę tak jakbym zamiast wszystkich tych emocji, które normalnie odczuwam miała w środku małą czarną dziurę.  Nie zdarza mi się to często i jest to dla mnie bardzo zaskakujące, bo zazwyczaj otrząśnięcie się z tego zajmuje ileś czasu. Przy czym nie powiedziałabym, ze jest to złe uczucie, tylko takie specyficzne. 

Co prawda mam jedno małe zastrzeżenie. Fabuła rozkręca się naprawdę wolno, a ja niekoniecznie za czymś takim przepadam, ale tutaj nie było tak źle coś poniżej 100 stron i zrobiło się bardzo ciekawie. Z drugiej strony spodobało mi się, że autorka wyraźnie zaznaczyła to jak akcja jest zbudowana. Mamy bardzo wyraźny punkt kulminacyjny, po którym tempo akcji przyśpiesza. Dzięki temu książka zyskuje trochę więcej dynamizmu. 

Muszę powiedzieć, iż najbardziej wyczerpującą psychicznie częścią książki było zakończenie. Te nerwy, ta niepewność prawie doprowadziły mnie do szaleństwa. Poza tym podsyciło ono moje zainteresowanie serią i teraz z wielką niecierpliwością będę wyczekiwać kolejnych części. 

Wracając jeszcze do tego, co mi się podobało. To jak poznajemy rasę Refaitów jest bardzo sprytnie wykombinowane. Nie dostajemy od razu na srebrnej tacy wszystkiego, tylko po to, aby zdecydować, że to są ci źli, ale stopniowo dowiadujemy się o nich czegoś nowego i podejmujemy decyzję o tym czy są czarnym charakterem tego dzieła czy nie zupełnie samodzielnie, po przeanalizowaniu wszystkich informacji. Uważam to za lepszy sposób niż z góry zakładanie to są ci źli i stawianie czytelnika przed faktem dokonanym. 

Podsumowując książka wywarła na mnie bardzo pozytywne i rzadko u mnie spotykane wrażenie. Zdecydowanie jest zaskakująca i pełna niespodzianek. Nie doświadczyłam też w niej wyraźnego podziału na tych dobrych i tych złych, co mnie ogromnie ucieszyło. Wszystko łączy się w spójną całość zapewniając czytelnikowi miło spędzony czas, a chociaż lektura należy do tych grubszych czyta się ją bardzo szybko. Z całego serca polecam ją każdemu, aby sam się przekonał, jakie wywrze na nim wrażenie. 


21.08.2014

Recenzja: "Przebudzenie arkadii" - Kai Meyer

Tytuł: Przebudzenie arkadii
Autor: Kai Meyer
Wydawnictwo: Media Rodzina

Liczba stron: 448
Data wydania: październik 2013
Ocena: 7/10


Tę książkę przeczytałam tylko i wyłącznie z powodu braku innej lektury na wakacjach. Została mi ona polecona i pożyczona, więc stwierdziłam, że co mi tam dam jej szansę, a nóż widelec się spodoba. Tak więc podeszłam do lektury zupełnie w ciemno, jedynie domyślając się co nieco z grafiki na okładce. 

Później jak już trochę poszperałam na jej temat to się okazało, iż w Polsce są już wydane wszystkie 3 części tej serii, co mnie trochę zdziwiło, ponieważ nie słyszałam o niej za dużo. Trylogia należy do tych raczej mniej popularnych i wcale się temu nie dziwię. Nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Przyznaje, było kilka fajnych aspektów, było też ileś irytujących, ale koniec końców nie wzbudziła ona we mnie większych emocji i nie zapadła w pamięć na dłużej. Mimo to nadal spędziłam z nią bardzo miło czas.

Zacznę od tego co mnie irytowało. Zdecydowanie na pierwszym miejscu uplasował się wątek miłosny, który w książce gra ważną rolę, ale nie koniecznie został dobrze dopracowany. Mianowicie pojawia się tutaj coś, czego ja z całego serca, przynajmniej ostatnio, nienawidzę, czyli miłość znikąd. Wiecie o co mi chodzi, raptem puf i mamy zakochanych bohaterów. Denerwowało mnie to strasznie, ponieważ to uczucie nie miało żadnych podstaw, a był czas aby je umieścić i wtedy wszystko byłoby cacy. 

Poza tym Rosa jest jak dla mnie taką szaloną bohaterką i to nie w dobrym tego słowa znaczeniu. Niestała w uczuciach, sama nie wie, co ma myśleć, do tego jest taka trochę świrnięta, a momentami wręcz przerażająca ze swoim dziwnym i nielogicznym zachowaniem. Z drugiej strony jest uczuciowa, co się zdarza rzadko, ale zdarza. Niby rozumiem, dlaczego ona zachowuje się tak, a nie inaczej, ale po prostu za nią nie przepadam. 

To może teraz trochę pozytywów. W książce naprawdę dużo się dzieję i podczas czytania miałam dość poważny problem, aby ją odłożyć. Naprawdę musiałam wiedzieć, co się stanie dalej i skończyło się na tym, że przeczytałam ją całą w jeden wieczór. 

Dodatkowo do gustu przypadła mi odmienność lektury. Niby jest ona o ludziach zmieniających się w zwierzęta, ale nie są to typowe zwierzęta, o których do tej pory czytałam. Z pewnością nie przypominam sobie o ludziach zmieniających się w węże. Ponad to ta ich umiejętność została świetnie przedstawiona i jest bardzo ciekawie wytłumaczona. W sumie mając swoje początki po części w mitologii. 

Suma summarum sama nie wiem, co myśleć o tej książce. Z jednej strony bardzo mnie wciągnęła podczas czytania, a z drugiej zaraz po skończeniu uświadomiłam sobie, że jednak były rzeczy, które mnie irytowały i chociaż początkowo trochę je ignorowałam to gdzieś tam podświadomie je wynotowałam. Po następne części raczej sięgnę, bo coś mam przeczucie, iż może fabuła może się jeszcze rozkręcić. 


Recenzja bierze udział w Rekord 2014, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu, Book Lovers, Czytam FantastykęBingo czytelnicze, Serie na starcie 2014, Pod hasłem, KlucznikCzytamy polecane książkiMitologia YA 2014.

19.08.2014

Recenzja: "Córka żywiołu" - Leigh Fallon

Tytuł: Córka żywiołu
Autor: Leigh Fallon
Wydawnictwo: Galeria Książki

Liczba stron: 350
Data wydania: listopad 2011
Ocena: 6/10


Za tę książkę zabierałam się bardzo długo. Już jakiś czas temu ją zauważyłam i dołączyłam do mojego TBR. Na szczęście ostatnio trafiłam na nią w bibliotece i jakoś tak wyszło, że zabrałam ze sobą na wakacje. Niestety kompletnie mnie ona nie zachwyciła, a szkoda, ponieważ wiązałam z nią pewne nadzieje. 

To, co się dzieje jest bardzo mało realistyczne i jedyne, o czym mogłam myśleć podczas czytania to, jaka panna poleciałaby na coś takiego. Wiadomo tajemniczy mężczyźni są bardzo pociągający, ale to wszystko co się wydarzyło w tej lekturze to już chyba lekka przesada, jak dla mnie. Pomijając fakt, iż główna bohaterka zaczyna mieć obsesje na punkcie chłopaka, którego nie zna, akurat to się zdarza i w życiu codziennym, to dodatkowo ten chłopak zachowuje się wobec niej paskudnie, a przynajmniej na początku. Poza tym nie wiem jak was, ale mnie osobiście doprowadza do szału coś takiego jak się tutaj stało. Mianowicie dwójka ludzi, którzy kompletnie się nie znają, a chłopak (Adam) raczej wysyła sygnały, iż nie chce mieć nic wspólnego z Megan, a po jednym spotkaniu i krótkiej rozmowie już ze sobą chodzą. Sama nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać z tego absurdu. 

Kontynuując moje narzekanie, później wcale nie jest lepiej. Wątek miłosny kompletnie mi się nie podoba, a wręcz jest śmiechu warty. Ponad to książka, która w moim odczuciu miała być o magii, okazała się jednak książką prawie w całości poświęconą miłości. Niestety z tego powodu zawiodłam się na lekturze. Może jeszcze gdyby to, co było między głównymi bohaterami nie było tak absurdalne, to miałoby jakikolwiek sens. Najlepsze jest to, że świetnie poprowadzoną historią miłosną, przynajmniej do czasu, jest ta poboczna dotycząca najlepszej przyjaciółki Megan. Dodatkowo ogromnie irytowało mnie to, że wszystkie wydarzenia kręciły się wokół miłości. Co by się nie działo można było być pewnym, iż miłość jest w jakiś sposób z tym związana. Ja zazwyczaj nie mam nic przeciwko dużej dawce miłości, ale to już po prostu, jak dla mnie, przesada. 

Jeśli chodzi o bohaterów to nie powalili mnie na kolana. Megan jest okropną przyjaciółką, a co lepsze jej przyjaciółce wcale to nie przeszkadza. Jest też nierozważna i niedomyślna, najpierw robi potem myśli, a poza tym ma niezdrową obsesje na punkcie swojego chłopaka i już po jakimś tygodniu nie może bez niego żyć. Jest też Adam, który ma spory problem z samokontrolą, a do tego jeszcze zanim poznaje Megan osobiście już nie może bez niej żyć. Czasami bywa naprawdę przerażający. We dwoje tworzą oni dość osobliwą parę, ale to i tak ich nie ratuje. Ubolewam również nad tym, że poboczni bohaterowie zostali tak trochę zostawieni sami sobie i nie prezentują się najlepiej. 

Ogólnie miałam nadzieję, że książka mi się spodoba zwłaszcza biorąc pod uwagę domniemany temat czyli magię, a tu nici z tego. Samo zakończenie nie zaskoczyło mnie zbytnio, tego się spodziewałam po tym co się działo. Jakoś tak nie mogę znaleźć prawie żadnych plusów, no może poza byciem o magii, ale to za mało, aby lektura zapadła mi na dłużej w pamięć. Jeszcze nie wiem czy sięgnę po kolejny tom tej serii. Co prawda mam wrażenie, że będzie on bardziej skupiony na magicznym aspekcie historii, ale to się jeszcze okaże. 



12.08.2014

Recenzja: "Po drugie dla kasy" - Janet Evanovich

Tytuł: Po drugie dla kasy
Autor: Janet Evanovich
Wydawnictwo: Fabryka Słów

Liczba stron: 416
Data wydania: kwiecień 2012
Ocena: 7/10


Dla mnie książki tej autorki to taka lekka lektura idealna na leniwe popołudnia i wieczory. Jest ona na tyle zajmująca, że się nie nudzę, jednocześnie nie będąc bardzo wymagającą. Dzięki temu można ją spokojnie czytać po wyczerpującym dniu. Powiem nawet więcej, mi pomaga się ona odprężyć. 

Byłam bardzo zdziwiona, iż ten tom trzyma poziom poprzedniego. Jakoś tak ostatnio trafiałam na serie, których drugie tomy nie były tak dobre jak pierwsze. A tutaj takie pozytywne zaskoczenie. 

Główną bohaterką nadal jest Stephanie, łowca nagród (tak na marginesie nie wiem czemu, ale za każdym razem mam chęć napisać łowca głów), której perypetie są wręcz rozbrajające. Momentami aż trudno mi było się nie śmiać. Zdecydowanym plusem jest to, że nasza bohaterka zmądrzała, ale tylko trochę. Powiedzmy, iż teraz podejmuje bardziej odpowiedzialne decyzje. 

Poza tym bardzo mnie ucieszyło rozwiązanie - nowa książka nowa sprawa dla Śliwki. Z drugiej strony nie wiem czy nie wolałabym gdyby co książka to nowi bohaterowie. Jeszcze nie podjęłam decyzji, ale mam nadzieję, że ta seria nie znudzi mi się po kilku tomach. 

Ogólnie nadal jest to bardzo zaskakująca lektura, choć momentami zdarzało mi się przeczuwać, co może się wydarzyć. Już nie jestem tak zdziwiona tym, że w Polsce jest już wydanych 11 tomów z tej serii, ponieważ rzeczywiście, co książka to robi się ciekawiej. 

Samo zakończenie jest satysfakcjonujące, ale nie jest zapierające dech w piersi. Miałam nadzieję na cliffhangera, ale niestety go nie było. Muszę przyznać, iż brakuje mi trochę tego. Z tym byłoby o niebo ciekawiej. Z drugiej strony rozumiem, dlaczego autorka postąpiła tak, a nie inaczej. Prawdopodobnie gdyby autorka urwała książkę w połowie nierozwiązanej sprawy to wszyscy byli by poirytowani, a także stwierdziliby, że oni się tak nie bawią, równocześnie kończąc swoją przygodę z serią. Dodatkowo skoro nowa książka nowa sprawa to takie urwanie nie miałoby żadnego sensu. 

Podsumowując, jak już mówiłam poprzednio nie jest to rodzaj książki, po którą zazwyczaj sięgam, ale naprawdę dobrze się przy niej bawię i z pewnością sięgnę po kolejne tomy. Poza tym jest też tutaj wątek miłosny, który zdecydowanie podsyca moją ciekawość. Bardzo chciałabym się dowiedzieć jak to się dalej wszystko potoczy.


8.08.2014

Recenzja: "Legenda. Rebeliant" - Marie Lu

Tytuł: Legenda. Rebeliant
Autor: Marie Lu
Wydawnictwo: Zielona Sowa

Liczba stron: 304
Data wydania: listopad 2012
Ocena: 8/10


Pamiętam, że już trochę temu byłam bardzo zainteresowana tą serią, ale jakoś tak były inne tytuły do czytania i mi przeszło. Dopiero niedawno oglądając, którąś z booktuberek zachwalającą tą serię doszłam do wniosku, iż jednak przeczytam. Specjalnie starałam się nie czytać żadnych recenzji na jej temat, ponieważ chciałam sobie wyrobić najpierw własne zdanie, a dopiero później ewentualnie porównywać z tym, co o niej myślą inni. Jak już pewnie zauważyliście po ocenie książka mi się podobała. Jest to taka powieść dystopijna, a to jest jeden z moich ulubionych gatunków literackich. 

Jedną z kilku rzeczy, które mi się podobają jest narracja dwuosobowa. Dzięki temu poznajemy historię z dwóch różnych punktów widzenia, dodatkowo to nie jest tak, że każde wydarzenie jest opisane przez dwie osoby. I dobrze, bo inaczej mogłoby to być trochę nudne. Początkowo nie byłam zbytnio przekonana do tego typu narracji, jakoś tak mnie irytował, ale im dalej w książkę tym bardziej byłam szczęśliwa, iż jednak autorka się na to zdecydowała. Dzięki temu fabuła stała się ciekawsza. Bardzo mi to przypomina takie opowiadanie historii z przyjacielem. Ty znasz część faktów, twój przyjaciel resztę, a razem macie świetną historię. 

Jeśli chodzi o bohaterów to Mamy Day'a i June, którzy niby są kompletnymi przeciwieństwami, a jednak mają cechy wspólne. Świetnie myślący, wysportowani, spostrzegawczy, inteligentni. Najbardziej odróżnia ich podejście do życia. June całkowicie wierzy w system, który panuje, gardzi ludźmi z niższych klas społecznych, a także koloniami, czyli wrogim terytorium, jak i jego mieszkańcami. Aby otworzyła oczy na to, co ją naprawdę otacza i zakwestionowała wszystko, w co wierzy potrzebowała tak zwanego pchnięcia. Natomiast Day już od dawna nie wierzy w zakłamany system, mieszka na ulicy i stara się jak może pomagać ludziom. W sumie można by go nazwać Robin Hoodem, ale bez jego bandy, ponieważ w większości działa sam. 

Jedyne, co mi w tej historii trochę nie pasuje to wątek miłosny, ponieważ pojawia się on ni z tego ni z owego. Następnie coś tam jest, ale w żaden sposób się nie rozwija i nagle bam i mamy wielką miłość. To po prostu nie trzyma się kupy, gdyby jeszcze on w międzyczasie spokojnie się rozwijał to byłaby możliwość stworzenia z tego czegoś interesującego. Niestety tak nie było i jak dla mnie jest to mało realistyczne. 

Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie zakończenie. Można by powiedzieć, że równocześnie jest i nie jest zaskakujące, a także zapierające dech w piersi. Jest tak fajnie napisane, że czytelnik ma porządne zakończenie, ale równocześnie potrzebuje natychmiast przeczytać kolejną część. Naprawdę byłam pod wrażeniem, no i oczywiście jak najbardziej chciałam sięgnąć po następny tom. 

Ogólnie rzecz biorąc cieszę się, że udało mi się nie czytać żadnych recenzji, ponieważ mogłam podejść do lektury bez jakiś ogromnych oczekiwań. Dzięki temu książka była interesująca i zaskakująca. Polecam osobom, które lubią literaturę ciekawą dystopijną. 

4.08.2014

HIGH FIVE #12 Najlepsze książkowe szkoły z internatem

HIGH FIVE! to nowa akcja, w związku, z którą na blogu pojawiać się będą rankingi ulubionych, najlepszych, najbardziej interesujących, bądź najgorszych książek, filmów, gier, postaci, itp...
Dzięki temu zarówno czytelnicy mogą poznać bliżej blogerów, jak i blogerzy czytelników, jeśli ci będą chętni na podzielenie się swoimi przemyśleniami i opiniami.
Dołączyć możecie tutaj.

Tym razem na tapecie książkowe szkoły z internatem. Jakoś nigdy nie zastanawiałam się nad tym, które są najlepsze. ale na potrzeby tego rankingu przeprowadziłam wnikliwą analizę :) Oto jej wyniki:


1. Hogwart - "Harry Potter"

Nie wiem jak wy, ale ja odkąd przeczytałam pierwszą książkę o Harrym Potterze chciałam trafić do Szkoły magii i czarodziejstwa. Ta szkoła jest po prostu magiczna i nadal z wielką chęcią bym się tam wybrała.





2. Akademia Mitu - Seria "Akademia Mitu" 

Nie aż tak magiczna jak jej poprzedniczka, ale równie klimatyczna, a zarazem przerażająca. Bardziej luksusowa i nowoczesna szkoła z internatem, która dzięki wszechobecnym, ciut przyprawiającym o dreszcze rzeźbom nie traci na swojej wyjątkowości.



3. ST. MAGDALENE - "Gorączka"


Co prawda książka sama w sobie nie koniecznie mi się podobała, tak szkoła z internatem w niej opisana już bardzo. Całkowicie odmienna od swoich poprzedniczek ma w sobie coś co przyciąga. Poza tym to szkoła tylko dla wybitnie uzdolnionych, co skutkuje tym, że tam wszystko jest najlepsze. 



4. Amerykańska Szkoła w Paryżu (ASP) - "Anna i pocałunek w Paryżu"


Ta szkoła urzekła mnie przede wszystkim swoim położeniem. Ale nie tylko. Również tym jak wszystko było zorganizowane i jak wyglądały pokoje mieszkańców, a także stołówka i sale lekcyjne. Może nie jest to magiczne miejsce, ale mnie zdecydowanie zauroczyło. 



5. Easton Academy - "Tylko dla wybranych"


Na koniec szkoła z internatem, która była pierwszą, o jakiej przeczytałam. Od początku bardzo ją lubiłam ze swoimi budynkami pokrytymi bluszczem, akademikami dla bogatych dziewczyn oraz zawsze idealnie przystrzyżonymi trawnikami. Ona bardzo przypomina mi te wszystkie szkoły, które ogląda się na filmach i chyba to najbardziej mnie do niej przyciągnęło. 

1.08.2014

Podsumowanie Lipiec

Pozdrawiam was ciepło i serdecznie z Czarnogóry.  Mam nadzieję,  że macie udane wakacje :)

Liczba przeczytanych książek: 6
Liczba zrecenzowanych książek: 9
Ilość centymetrów do wyzwania "Przeczytam tyle ile mam wzrostu": 12.1 cm z tego wynika, że zostało 69.4cm
Ilość stron razem: 1868

Ilość stron dziennie: 60

A u was jak z czytaniem w lipcu? 

31.07.2014

Recenzja: "Waleczna. Wielkomiejska baśń" - Holly Black

Tytuł: Waleczna. Wielkomiejska baśń
Autor: Holly Black
Wydawnictwo: Dolonośląskie

Liczba stron: 208
Data wydania: marzec 2007
Ocena: 5/10


Nie dawno czytałam inną książkę autorki i byłam pewna, że jest to seria taka, która opowiada o tych samych bohaterach. Natomiast okazało się, iż jest to bardziej taki cykl. Wiecie, o co mi chodzi, są one takie luźno połączone ze sobą. Jako przykład czegoś podobnego mogę podać serię Kerrelyn Sparks czy Christine Feehan. Jak już sobie to uświadomiłam, to byłam trochę zawiedzona, ponieważ miałam nadzieję na poprawę w kolejnym tomie, a tu niespodzianka tamta historia już się zakończyła. 

Z drugiej strony to dzieło autorki podobało mi się bardziej. Tym razem nie było jednego wielkiego chaosu. Większość była w miarę ładnie i składnie powiązana ze sobą. Wydarzenia były logiczne i spokojnie mogłam zrozumieć i przyswoić, co się akurat dzieje. Nadal mamy doczynienia  z wszechwiedzącym narratorem, ale tym razem historia jest opowiadana tylko z jednego punktu widzenia, więc to da się jeszcze przeżyć. Poza tym mam wrażenie, że skoro mogłam spokojnie ogarnąć, co się wydarzyło, to nie przykładałam aż takiej wagi do narracji. 

Chociaż bohaterowie są zupełnie inni niż w poprzedniej książce, to jak dla mnie nadal należą do tych bardziej niewykreowanych. W sumie to zastanawiałam się nad tą kwestią i doszłam do wniosku, iż moje odczucia mogą być spowodowane małą grubością lektury. Bardzo możliwe, że są to bohaterowie, którzy potrzebują trochę czasu, aby się rozwinąć i ukazać nam swoje zawiłe osobowości. Tylko, jaki jest sens umieszczania takich postaci w książkach, które są tak krótkie. Pomijając to wszystko Val strasznie przypomina mi Kay, jest ona po prostu lekko zmodyfikowaną wersją Kay. 

To jeszcze kilka słów o tym nieszczęsnym wątku miłosnym. Nie spodziewałam się żadnej poprawy na tej płaszczyźnie i się nie pomyliłam. Żadnego napięcia między bohaterami, ani jednej oznaki, że zakochują się w sobie. Ja nie mogę tego pojąć moim umysłem. Rozumiem, miłość może być niespodziewana i w ogóle, ale zazwyczaj jakieś oznaki tego można znaleźć, a tutaj jest zupełna pustka. To jest coś w stylu trzy sekundy temu nie byłam w tobie zakochana, ale bam teraz już tak, chociaż sama nie wiem czemu. 

Bardzo mnie zirytował jeden, a do tego powtarzający się w obu lekturach, wątek. Mianowicie chodzi o to, że dziewczyna popełniła jakiś błąd, na co chłopak: ja już ciebie nie chcę. Nie żeby coś, ale zdecydowanie nie lubię takich tekstów, niby dodają trochę realizmu, ale w tym wypadku po prostu mi nie pasowały. Można było to rozwiązać poprzez stwierdzenie, iż potrzebuje on trochę czasu, aby to wszystko przemyśleć. Tak to by chyba lepiej wypadło. 

Podsumowując, ta książka podobała mi się bardziej niż poprzednia, ale nadal jakoś nie koniecznie przypadła mi do gustu. Jak sami widzicie była masa rzeczy, które mnie irytowały. Sama jestem zdziwiona jak bardzo nie lubię tej lektury. Coś takiego zdarza mi się bardzo rzadko i z tego powodu jestem zdumiona. Jak poprzednio nie polecam, no chyba, że już wam się aż tak nudzi. 


28.07.2014

Recenzja: "Danina. Nowoczesna baśń" - Holly Black

Tytuł: Danina. Nowoczesna baśń
Autor: Holly Black
Wydawnictwo: Dolonośląskie

Liczba stron: 220
Data wydania: maj 2006
Ocena: 4/10


Oglądając amerykańskich booktuberów dużo nasłuchałam się o tym, że książki tej autorki są naprawdę świetne. Jestem pewna, iż była mowa zarówno o tym cyklu, jak i drugim, który za granicą jest chyba jeszcze bardziej popularny. Niestety dla mnie jest to jedno wielkie nieporozumienie. Ogromnie zawiodłam się na tej lekturze, jednocześnie nie oczekując od niej zbyt wiele. Już sama nie wiem, od czego zacząć.


Po pierwsze możemy tutaj doświadczyć zjawiska zwanego wszechwiedzącym narratorem, a to plus narracja z punktu widzenia aż trzech osób po prostu mnie irytowało. Po drugie w tej książce panuje jeden wielki chaos. Brak porządnego wstępu, czytelnik zostaje wrzucony od razu na głęboką wodę historii. Wszystko dzieje się zbyt szybko, przez co nie miałam nawet czasu przyswoić tego, co przeczytałam. Ja lubię szybkie tempo akcji, ale serio? Nie skończyłam czytać o jednym, a tu już się okazuje, że dzieję się coś zupełnie innego. 

Poza tym zarówno w działaniach bohaterów, jak i w fabule brak logiki. Jedno rzadko wynika z drugiego, a wydarzenia są wręcz jak asteroidy w kosmosie. Nie mają ze sobą za wiele wspólnego, a już na pewno nie łączą się w spójną całość. Jak już przy tym jesteśmy to jeszcze jedna rzecz doprowadza mnie do szału, a mianowicie to skakanie pomiędzy tym co się dzieje i tym kto to opowiada. Raz mówi Kay, a dosłownie chwilę później okazuje się, że teraz historię opowiada Robien i jest to kompletnie inna sprawa. 

Bohaterowie to jak dla mnie kolejna porażka. W ogóle nie zostali wykreowani. Miałam wrażenie, iż autorka wymyśliła sobie taki i takie postacie, po czym stwierdziła, że popłynie z nurtem natchnienia i napisze o nich to, co akurat przyjdzie jej do głowy. Dla mnie wyglądało to trochę jakby bohaterowie mieli swoiste rozdwojenie jaźni. W każdej sytuacji zachowywali się inaczej i ja tam nie wypatrzyłam powtarzalnego schematu. 

Oczywiście nie mogę zapomnieć o tym nieszczęsnym wątku miłosnym. Po prostu nie mogłam uwierzyć w to co czytam. Nie wiem jak inni, którzy przeczytali tę książkę, ale ja nie wyczuwałam żadnego napięcia między bohaterami, ale widocznie ono tam było skoro fabuła potoczyła się tak, a nie inaczej. Tak nawet nie było negatywnych uczuć, z których mogłaby się zrodzić namiętność. Nic kompletnie nic. 

Podsumowując, lektura była dla mnie dużym niewypałem, a do jej plusów zaliczają się mała ilość stron oraz ciekawy świat przedstawiony. I chociaż miałam nadzieję, że będę tutaj mogła uwzględnić również zakończenie, to jednak nie mogę tego zrobić. Jest ono takie mdłe. Nie wzbudza większych uczuć, a na tle tego jak odbieram książkę całościowo wypada bardzo blado. Nie polecam, chyba, że ktoś rzeczywiście nie ma już co czytać. 

25.07.2014

Recenzja: "Wina Gwen Frost" - Jennifer Estep

Tytuł: Wina Gwen Frost
Autor: Jennifer Estep
Wydawnictwo: Dreams

Liczba stron: 344
Data wydania: maj 2014
Ocena: 8/10


Podejrzewam, że w tym momencie to już się wam znudziły moje recenzje tej serii, ale cóż jakoś tak wyszło, że przeczytałam wszystkie części w krótkich odstępach czasowych. Jest to już czwarty tom "Akademii Mitu" i chociaż spędziłam z nim miło czas, to powoli dochodzę do wniosku, iż jednak moje zauroczenie tą serią powoli wygasa. Co prawda nadal nie mogłam się oderwać od lektury, to po skończeniu nie odczuwałam nieodpartej potrzeby sięgnięcia po kolejny tom i to natychmiastowo. Z drugiej strony brak tego odczucia może tłumaczyć fakt, że potrzebowałam trochę czasu, aby poukładać sobie w głowie to co się wydarzyło. Chociaż minęło już trochę czasu, to ja nadal nie wiem do końca co o tym wszystkim myśleć. 

Z jednej strony nie mogę narzekać, ponieważ byłam naprawdę mile zaskoczona. Z drugiej natomiast zakończenie przyćmiło wszystko inne. Tak bardzo mi się nie podobało, że aż wpłynęło na odbiór całej książki. A to wszystko przez Logana. Ja nie wiem, ale ta postać niedługo zacznie mnie doprowadzać do szału swoim zachowaniem. Kto czytał, nawet poprzednie części, to wie o co chodzi. Reszcie mogę to opisać mniej więcej tak on po prostu zachowuje się jak nastolatka z burzą hormonów i PMS-em, a do tego jak to trafnie ujęła Lustro Rzeczywistości ostatnio w komentarzu ma kompleks Edzia. Grrrr... Jeszcze trochę i zacznę sobie z jego powodu włosy z głowy wyrywać. Jeszcze tak na marginesie, nie jestem pewna czy mi się zdawało, ale mam wrażenie, że w tej części Logana jest jak na lekarstwo. Co w sumie powinno być dobrą rzeczą, ale jakoś tak zaczęło mnie zastanawiać, z jakiego powodu zniknął z fabuły.

Jeśli chodzi o Gwen, to ona zdecydowanie zmieniła się na plus. Wydoroślała, porzuciła, a przynajmniej stara się tego już nie robić, wtykanie nosa w nieswoje sprawy oraz jest na etapie powstrzymywania się od poznawania wszystkich cudzych sekretów. Coraz lepiej i bardziej świadomie wykorzystuje swoje zdolności. Pogodziła się ze swoją misją i teraz wykonuję ją z wielkim zapałem. Oczywiście w międzyczasie wpada we wszelkiego rodzaju tarapaty, w końcu to jest to, co jej wychodzi najlepiej. 

Poza tym jestem szczęśliwa, ponieważ autorka powróciła do zaczerpnięć z mitologii. Były one w miarę rozwinięte i w pewnym stopniu zaspokoiły moją ciekawość wykreowanego przez pisarkę świata. 

Podsumowując, po tym zakończeniu, jakim zostaliśmy uraczeni, jestem ciekawa co się dla nas szykuje w następnych tomach, ponieważ zapowiada się to raczej interesująco. Chociaż książka podobała mi się, a spędzony z nią czas na pewno nie był zmarnowany, to ja chyba nadal najbarxdziej lubię pierwszą część. 

22.07.2014

Recenzja: "Spętani przez bogów" - Josephine Angelini

Tytuł: Spętani przez bogów
Autor: Josephine Angelini
Wydawnictwo: Amber

Liczba stron: 400
Data wydania: lipiec 2011
Ocena: 8/10


Już od jakiegoś czasu chciałam przeczytać tę książkę, ale za bardzo nie było ku temu sposobności aż do teraz. Już nawet nie pamiętam, kto polecał mi ostatnio tę lekturę. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tym ile się dzieje, biorąc pod uwagę, iż z wyglądu raczej nie należy do grubych. Zdecydowanie nie było jak się nudzić. Z drugiej strony nie było też sytuacji, w której z powodu napchania akcją ciężko nadążyć za tym co się dzieje. 

W sumie to książka nawet mi się spodobała, chociaż nie była jakaś świetna. Dodatkowo raczej należała do kategorii tych bardziej przewidywalnych, ale mimo to autorka potrafiła tak zbudować napięcie, że chociaż wiedziałam co się stanie to i tak czułam pewien niepokój, podenerwowanie, przed każdym wydarzeniem. Wróć, nie wszystko było takie przewidywalne. Niektóre rzeczy naprawdę mnie zaskoczyły. Często były to tylko takie niuanse, co prawda istotne dla całej historii. 

Jeśli chodzi o bohaterów to nawet polubiłam Helenę. Nie koniecznie stała się ona moją ulubioną bohaterką, ale nie mam nic przeciwko niej. Jest to taka trochę niepewna siebie dziewczyna, która bardzo wyróżnia się zarówno swoją urodą jak i inteligencją. Zarazem nieśmiała i odważna. Chociaż wie, że jest inna to ma straszny problem, aby się z tym faktem pogodzić, a to mnie akurat lekko irytowało momentami. Natomiast Lucas początkowo w ogóle nie zaskarbił sobie mojej sympatii i przez dłuższy czas całkowicie za nim nie przepadałam. Wydawał się być ciut impertynencki, zbyt porywczy i nieświadomy tego, iż swoim zachowaniem rani bliskich. Później trochę się do niego przekonałam, ale nadal raczej nie przepadam za tą postacią. 

Samo zakończenie, jak dla mnie, było wręcz druzgoczące, chociaż zabieg, który wykorzystała autorka nie jest czymś nowym i mogłam się tego spokojnie spodziewać. Zwłaszcza uwzględniając to jak się toczyła akcja w lekturze. Jednak nadal miałam nadzieję, że jednak to wszystko zakończy się inaczej. To ja jeszcze wspomnę o tym, co nie za bardzo mi się podobało. Brakowało mi i to ogromnie takiego wyjaśnienia jak to wszystko działa i dlaczego tak, a nie inaczej. To chyba jedyna rzecz, która tak porządnie mnie irytowała. 

Podsumowując, osobiście z chęcią się dowiem jak autorka dalej pociągnie całą historię, a także czy jednak przekonam się do Lucasa. Poza tym tę książkę czyta się szybko i jest dobrym sposobem na spędzenie czasu. Polecam zwłaszcza osobom zainteresowanym literaturą z nawiązaniami do mitologii. Tutaj je znajdziecie, razem z ciekawą i może trochę zbyt przewidywalną fabułą.


Recenzja bierze udział w Rekord 2014, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu, Book Lovers, Czytam FantastykęMitologia YA 2014KlucznikBingo czytelniczeSerie na starcie 2014Czytamy polecane książki.

19.07.2014

Recenzja: "Tajemnice Gwen Frost" - Jennifer Estep

Tytuł: Tajemnice Gwen Frost
Autor: Jennifer Estep
Wydawnictwo: Dreams

Liczba stron: 328
Data wydania: lipiec 2013
Ocena: 8/10


To już trzecia odsłona przygód Gwen Frost i muszę powiedzieć, że seria nadal mi się nie znudziła, póki co to wróży dobrze. Z tego powodu chyba nikogo nie zdziwię jak powiem, iż lubię ją pomimo wszystkich wad i niedociągnięć. W tych książkach jest coś, co niezaprzeczalnie mnie do nich przyciąga, nie jestem w stanie sprecyzować czy jest to fajny wątek miłosny czy jednak zwariowane przygody bohaterów w połączeniu z wątkami mitologicznymi. Coś mi się wydaje, że ostatnio brakowało mi lektury, w której bohaterowie mają bardzo pod górkę, ale gdzieś tam tli się dla nich jakaś nadzieja. A nie jak to czasami bywa, kiedy to autorka, można by powiedzieć od początku, stawia sprawę jasno - ta dwójka będzie razem. Bo w końcu ile można czytać o tym samym. 

Poza tym książka jest ciekawa i zaskakująca i chociaż póki co najbardziej spodobał mi się pierwszy tom, to ten też jest niczego sobie. Jakoś tak pierwszy jest moim zdecydowanym faworytem, a przynajmniej na razie. Pomimo tego jestem zadowolona z fabuły, a ciągłe zwroty serca wręcz przyprawiają mnie o dreszczyk. Dodatkowo nie obyło się tym razem bez spektakularnych wydarzeń, które w zarówno zapierały dech w piersi, jak i doprowadzały mnie do płaczu oraz niekontrolowanego chichotania. W sumie to byłam dość zdziwiona tym jak bardzo smutna momentami była ta książka. I nie chodzi mi o smutek, bo życie miłosne Gwen nie układa się po naszej myśli, a bardziej o to nie możliwe, żeby taką miłą postać spotkało coś takiego. Kto czytał wie, o co mi chodzi dokładnie, a kto nie, to albo się domyśla, albo powinien przeczytać, aby się dowiedzieć, Ja już więcej nie powiem, nie będę spoilerować. 

Ogólnie to jest kilka rzeczy, które niekoniecznie przypadły mi do gustu. Po pierwsze Logan, jego postać to wręcz śmiech na sali. Rzeczywiście wydaje się być, nadal, cieniem tego kogo autorka chciała nam przedstawić. Jest to mało rozwinięty bohater, to co robi często nie pasuje w zupełności do charakteru i to mnie irytowało, nawet bardzo. Szkoda, bo myślałam, iż ta postać będzie z książki na książkę coraz ciekawsza i będą z niego jeszcze ludzie. Normalnie, jak pewnie wiecie, lubię szybkie tempo akcji, ale w tym wypadku, momentami wolałabym, żeby coś działo się dłużej, wtedy byłoby lepiej dla fabuły. 

Jeśli chodzi o zakończenie to nie koniecznie oczekiwałam jakiegoś super cliffhangera, a mimo to i tak jestem ciut rozczarowana jak wszystko się zakończyło. Może to was trochę zbić z tropu, ale zakończenie podoba mi się i nie podoba jednocześnie. Część mnie dosłownie skacze z radości, że to potoczyło się tak, a nie inaczej. Druga natomiast uważa, że gdyby zakończyć książkę trochę wcześniej to wywarłaby ona zdecydowanie większe wrażenie na czytelniku i prawdopodobnie spowodowała reakcję pod tytułem ja muszę natychmiast przeczytać kolejną część. Koniec końców źle nie jest.

Podsumowując już nie mogę się doczekać kolejnych książek o przygodach Gwen, a co więcej doszłam do wniosku, iż powinnam się zapoznać z inną serią autorki w tempie ekspresowym. Poza tym bardzo chce się dowiedzieć, co pisarka ma jeszcze w zanadrzu dla swoich bohaterów i czy następny tom będzie dorównywał swoim poprzednikom, czy będzie gorszy. 



Recenzja bierze udział w Rekord 2014, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu, Book Lovers, Czytam FantastykęZ półki 2014Mitologia YA 2014KlucznikOd A do ZBingo czytelnicze.

Reklama